Florent-Claude Labrouste umiera ze smutku. Chociaż otrzymał spadek, za który mógłby zrobić wiele, nie wykazuje chęci, by wykorzystać okazję. Jedynie w co się prawdziwie angażuje to opowieść o swoim życiu. Ma ponad czterdzieści lat, a wygląda na to, że nie ma dziedziny, w której czułby się spełniony. Zawala relacje z kobietami, nie znajduje pracy, która dałaby mu satysfakcję, nie utrzymuje kontaktu z jakąkolwiek rodziną i poza jednym przyjacielem nie ma kompletnie nikogo bliskiego. Nawet wizja posiadania własnego domu czy mieszkania nie pociąga Florenta; wystarczyłby mu pokój w hotelu – gdyby nie pojawiało się coraz więcej zakazów dla palaczy.
Czy zatem Serotonina jest powieścią nihilistyczną? I tak i nie. Bo Houellebeck z jednej strony może być prorokiem pokazującym, że nasz świat powoli upada, a z drugiej strony może być prowokatorem, zachęcającym do stanięcia w kontrze. Od czytelnika zależy, która z postaw stanie się mu bliższa. Trzeba tylko jeszcze wziąć pod uwagę, że narrator Serotoniny potrafi manipulować jak mało kto. Książka jest często humorystyczna, szybko wciąga, płynnie się ją czyta, co łatwo usypia uwagę. Tymczasem Houellebeck sprawdza czujność. Czy powinniśmy ślepo iść za głosem bohatera, który jest uzależniony od lekarstw? Sądzę, że nie, bo ten głos został przykryty pozorami lekkości, kiedy tak naprawdę mamy do czynienia z beznadziejną klęską.
Houellebeck udowadnia, że forma powieściowa ma się dobrze. Nawiązania do klasyki? Proszę bardzo! Spójna historia od A do Z? Ależ oczywiście… No właśnie, pod warunkiem, że damy się ponieść słowotokowi Houellebecka. Gdyby nie ten słowotok, dostalibyśmy kilka-, kilkanaście fragmentarycznych wątków, najprawdopodobniej utrzymanych w duchu dekadenckim. No i całe szczęście, że do tych wątków zabrał się Houellebeck.
Michel Houellebecq, Serotonina